Zawód - kibic

inne kibice raceWsparcie. To pierwsze słowo, które przychodzi mi na myśl, gdy myślę o kibicach. Wsparcie zarówno na stadionie, jak i poza nim. W chwilach tryumfu, jak i w niepowodzeniach. Krzyk ich przyśpiewek niejednokrotnie dodawał ukochanej drużynie skrzydeł i prowadził do zwycięstwa. Praktycznie w każdym mieście znajdzie się grupa kibiców, którzy nie opuszczą żadnego meczu swojej drużyny czy to w żużlu, piłce nożnej, koszykówce, czy innym sporcie, niekiedy podążając za swoimi idolami nie tylko po całej Polsce, ale i Europie.

 

Pierwszy mecz. Zakochujesz się w sporcie, atmosferze, odliczasz godziny do kolejnego spotkania, pragniesz jak najszybciej poczuć znów ten klimat, dreszcz emocji. Mecze ligowe, sparingi zaczynają nie wystarczać i w końcu chcesz czegoś więcej. I tak zaczynają się wyjazdy – na turnieje indywidualne, reprezentacyjne, wyjazdowe spotkania ulubionej drużyny. „Na początku była to tylko i wyłącznie miłość do żużla. Potem poznajesz wielu ludzi, którzy tak jak Ty dzieli tę pasję” – tak początek swojej przygody z żużlem, która zaczęła się w 1990 roku, opisuje Sławek z Częstochowy. „Wyjazdy zaczęły się zaś około 2 lata później” - dodaje.

 

Nie każdy może towarzyszyć ukochanej drużynie na wyjazdach tak często, jakby chciał. Ma to związek z pracą bądź zarobkami, czy po prostu brakiem wolnego czasu. Jednak, gdy uda się zgrać wszystkie te czynniki, doda się do tego ogromną pasję i miłość do danego sportu otrzymamy nowy „zawód” – kibic. „Wyjazdy planuję dużo, dużo wcześniej i nie koliduje to z moją pracą. Zazwyczaj są to wyjazdy weekendowe i szef w pełni to akceptuje. Przez pierwsze lata była to głównie liga, a wyjazdy na Grand Prix rozpoczęły się bodajże w roku 2009” – wyjaśnia Sławek.

 

Zdzieranie gardła na wyjazdach, dumne prezentowanie barw klubowych czy narodowych oraz poznawanie mnóstwa nowych ludzi to kwintesencja tej profesji. Wspieranie ukochanej drużyny i wiara, że zawsze jest w stanie wygrać, jak sami zawodnicy potwierdzają w wielu wywiadach, dodatkowo ich pobudza i niesie do zwycięstwa.

 

Gdy byłam mała tata zabierał mnie na mecze miejscowego Falubazu, a okazjonalnie jeździliśmy także do Leszna czy Gorzowa. Kiedy przekonał się, że połknęłam przysłowiowego bakcyla zaczęły się dalsze wyjazdy, do Torunia, Lublina czy Piły, a Grand Prix stało się stałym punktem w naszym kalendarzu. Na takich spotkaniach panuje nieco inna atmosfera niż na "domowych" meczach. Małe grupki kibiców jednoczą się, by wspólnie dopingować swoją ukochanego zawodnika, dzięki czemu można poznać wielu wspaniałych ludzi z każdego zakątków Europy. Później sama zaczęłam nalegać na takie wyjazdy, na co tata chętnie przystawał, bo jak sam mówi "zarazić kogoś pasją do sportu, sprawić, by pokochał to tak mocno jak my, to chyba największy sukces kibica".

Klaudyna Skrzypczak

20

Dziękujemy, że jesteście z nami!