Jazda fair już nie w modzie?

logo moim zdaniem„ Nie zostawiłem miejsca przy bandzie. Wiadomo, że to nie są zawody niskiej rangi, by przepuszczać kolegów. Taki jest żużel.” - tak Krystian Pieszczek skomentował „wepchnięcie w bandę” Adriana Cyfera podczas finału MIMP w Lesznie. I co, to wszystko? Stwierdzenie „ taki jest żużel” wystarczy? Zapominamy o sprawie? Jeśli tak to teraz działa, to dla mnie coś tu nie halo.

 

 

 

Finał młodzieżowych mistrzostw Polski. Wielka impreza, jedna z najważniejszych w kraju dla młodych żużlowców. Jest o co walczyć. Tytuł najlepszego juniora w Polsce to nie byle co, a stawka zawodników jest naprawdę mocna. Wiadomo, każdy chcę stanąć na najwyższym stopniu podium. Każdemu się to marzy, a żeby to zrobić często na najmniejszy błąd nie ma miejsca. Utrata dwóch, trzech punktów, defekt czy taśma i szanse na podium drastycznie maleją. Pozamiatane. Żużlowcy wiedzą, że bez dorzucania do kolekcji kolejnych trójek nic wielkiego się nie osiągnie, ale czy naprawdę liczy się tylko zwycięstwo i wszystko to warte jest ryzykowania zdrowia kolegi?

Bieg 15. wczorajszego wspomnianego już finału MIMP, rozgrywanego na Smoczyku w Lesznie. Pod taśmą maszyny startowej ustawili się Krystian Pieszczek, Adrian Cyfer, Kacper Woryna i Ernest Koza. Na prowadzenie po wyjściu z drugiego łuku wyjechał Adrian Cyfer, jednak już po chwili młodzieżowiec Stali Gorzów musiał ratować się przed upadkiem, bo zaatakował go Krystian Pieszczek, wywożąc w bandę i to w miejscu gdzie dmuchanej bandy nie ma, same deski. Młodzieżowiec z Gorzowa utrzymał się na motycyklu, jednak kosztowało go to spadek na ostatnie miejsce. Za to Krystian Pieszczek do mety dojechał z trójeczką. Sędzia ukarał go jedynie ostrzeżeniem za niebezpieczną jazdę. Ostrzeżenie, bo Adrian Cyfer jest na tyle doświadczonym młodzieżowcem, że zdołał opanować swoją maszynę i nie zaliczył wywrotki. Aż strach pomyśleć co by mogło się zdarzyć, gdyby jednak do tego upadku doszło. Nie ma co się nad tym zastanawiać. Szkoda, że po wszystkim z ust Pieszczka nie padło słowo przepraszam.

Sytuacja z wczoraj nie jest jedyną. W ostatnim czasie zawodnikom coraz częściej zdarza się zapomnieć, że nie są sami na torze. Podobna sytuacja miała miejsce podczas półfinału Drużynowego Pucharu Świata w Gnieźnie. Szwed, Linus Sundstroem nie zostawił miejsca przy bandzie Witalijowi Biełousowowi. Rosjanin upadając zahaczył o motor Jarosława Hampela. I to właśnie Polak, który w ogóle nie brał udziału w bezpośredniej walce tej dwójki, ucierpiał najbardziej; doznał złamania kości udowej.

Jadąc i walcząc o zwycięstwo myśli się o tym by być jak najszybszym i wchodząc w łuk nie popełnić błędu, który kosztować może stratę kilku metrów, sekund. Myśleć też powinno się o pozostałej trójce, która jedzie. Nie chodzi tu o „przepuszczanie” i dawanie komuś fory, ale o zwykłą jazdę fair. Jeśli zawodnik nie dojedzie cało do mety, to jak ma walczyć o kolejne oczka w tych zawodach czy innym turnieju, który jest już prawdopodobnie za dwa, trzy dni, bo istnie tego napaćkane w kalendarzu; chłopaki nieźle się muszą napocić i namęczyć by objechać większość imprez, na których im zależy. Walka, walką. Zwycięstwo wiadomo, smakuje najlepiej, ale po co przy okazji przełykać gorycz tego, że spowodowaliśmy upadek innego zawodnika, robiąc mu krzywdę.
Hasło fairplay przyświecało od wieków rywalizacji sportowej. Mówi się doookoła o tym jakie to ono ponadczasowe. Nie ma co więc psuć tej szlachetnej idei, nie pozwólmy by wyszła z mody :)



Aleksandra Jankowska

20

Dziękujemy, że jesteście z nami!