Grand Prix Polski w Warszawie: Anatomia upadku

trzeci wirazDziś nie piątek, a niedziela, zatem co do zasady Trzeci Wiraż pojawić się nie powinien. Za ten wyjątkowy odcinek powinniście jednak podziękować. Komu? Spróbuję to ustalić w poniższym tekście.

 

 

 

Na sobotnie Grand Prix Polski na Stadionie Narodowym im. Kazimierza Górskiego w Warszawie pierwotnie miałem się wybrać w roli zwykłego widza, jednak splot wielu sprzyjających okoliczności pozwolił mi zająć ostatecznie miejsce w sektorze dla dziennikarzy. Poziom ekscytacji nadchodzącym wydarzeniem wzrósł zatem u mnie jeszcze bardziej. Nie odstraszała mnie nawet pogoda. Bardziej zimowa niż wiosenna i skłaniająca do pochłaniania dużych ilości gorących napojów. Gdy po posileniu się i obejściu Strefy Kibica zdecydowałem się na wejście na stadion, okazało się, że Stewardzi, delikatnie mówiąc, "nie ogarniają" topografii warszawskiego obiektu. Od trzech z nich usłyszałem trzy różne wersje dotyczące drogi do parku maszyn. Gdy w końcu znalazłem się na płycie boiska, postanowiłem sprawdzić nawierzchnię toru zalegającą tuż za bandą. Z przestrachem stwierdziłem, że hałda usypana tuż za "balotami" zapada się ładnych kilka centymetrów pod naciskiem mojej stopy. "A jeśli tak samo będzie na torze, to co dopiero zrobią z tą nawierzchnią opony?" - pomyślałem. Przed godziną 18:00 zasiadłem na trybunie prasowej. Obiekt zapełniał się z minuty na minutę, a gdy spiker podał, że aktualna liczba kibiców przekracza 30000, rozległ się niesamowity hałas. Nie wiem, jak wy, ale ja uwielbiam dźwięk setek trąbek, który towarzyszy polskim stadionom żużlowym. Ten z Narodowego to był jednak niepowtarzalny miód dla moich uszu. Ciarki przeszły mi także po plecach w momencie odgrywania hymnu narodowego wykonanego na ponad 50000 głosów. Jednak wspaniali jak zawsze Polscy kibice byli jednym z niewielu pozytywów tego, co stało się w sobotnią noc w stolicy Polski.

Żenada. Kompromitacja. Wstyd. Hańba. Tych słów naprzemiennie używa się w środowisku żużlowym już niespełna doby. Ale chwileczkę, czy my już tego nie przerabialiśmy? Rok 2013 i rejterada toruńskiego Unibaxu z finału Ekstraligi w Zielonej Górze? Oba wydarzenia łączy jedno. Osoba Tomasza Golloba. W obu przypadkach było i jest mi go bardzo szkoda. Dwa lata temu, przykuty do łózka w sztokholmskiej klinice i pozostawiony bez pomocy ze strony włodarzy BSI, w sobotę odarty z momentu, na który każdy wielki sportowiec zapracowuje sobie przez całą swoją karierę. Nie ukrywam, że do wychowanka bydgoskiej Polonii mam pewnego rodzaju słabość. To dzięki niemu, jak zapewne wielu innych, którzy zasiedli na warszawskich trybunach, zainteresowałem się sportem żużlowym i go pokochałem. Na takie pożegnanie z cyklem Grand Prix najwybitniejszy polski żużlowiec po prostu sobie nie zasłużył. Jazda kabrioletem marki Mercedes ze złotym kaskiem i polską flagą w ręku na tle pustych trybun nie przystawała do założonego scenariuszu. Polak życzliwie został pożegnany przez rywali z toru w trakcie wcześniej odbytej rundy honorowej. Gollob był uśmiechnięty, jednak odniosłem wrażenie, że w tylko sobie znany sposób, jak wielokrotnie w parku maszyn przed zawodami, założył maskę. Tym razem była to jednak nie kamienna twarz, zdająca się mówić: "nie podchodź, bo nie wyjdziesz z tego cało", a kreacja człowieka uszczęśliwionego, spełnionego i docenionego.

Przejdźmy do ciemnej strony sobotniego wieczoru. Jej genezy należy upatrywać już dużo wcześniej. Od początku nie podobało mi się to, że tor na Stadionie Narodowym zaczął być układany zaledwie 5 dni przed zawodami. Nie trzeba być Markiem Cieślakiem, aby stwierdzić, że to stanowczo zbyt krótko, aby nawierzchnia nabrała jednolitej struktury, tym bardziej, że inne podobne obiekty jak w Cardiff czy Kopenhadze zaczynano budować dużo wcześniej, a i tak były z nimi problemy, a przejścia na stadionie w Warszawie są ciągle otwarte i przez to, nawet pomimo zamkniętego dachu tworzą się przeciągi, o których po odwołaniu piątkowego treningu wspominał Krzysztof Cegielski. Jak ta nawierzchnia miała się zatem "uleżeć"? Czy zawiodło miejsce jej składowania? Ograniczę się do stwierdzenia, że z torem jednodniowym jest trochę jak z bigosem. Staje się naprawdę dobry dopiero po jakimś czasie i odpowiednich zabiegach.

Piątkowe i sobotnie naprawianie warszawskiego owalu przyniosło tylko symboliczny efekt. W trakcie biegów wyraźnie było słychać, jak zawodnicy na wejściu w łuk przymykają gaz, inaczej ujmując to w słowa, jadą "na pół gwizdka". Teraz zamknijcie oczy i przenieście się na przykład do Bydgoszczy. Przypominacie sobie zawody Grand Prix na tym torze, w trakcie których działo się coś takiego? Właśnie... Co z tego, że trybuny przy Sportowej nie zachęcają swoim wyglądem do oglądania zawodów, skoro tam rekompensatę stanowi to, że przez cztery kółka zawodnicy walczą na pełnym gazie i wprawiają nas niejednokrotnie w ekstazę?

Znaczącej poprawy stanu warszawskiego toru nie dało nawet dosypanie mieszanki cementu i piasku w wewnętrznej części pierwszego wirażu. O zgrozo, w drodze do Warszawy jeden z moich towarzyszy stwierdził w żartach: "Ciekawe, jak naprawiają ten tor, może cementu dosypią...". Do śmiechu i mnie i jemu później jednak nie było. Zawodnicy, co chwilę podskakujący na ukrytych dziurach i walczący bardziej z motocyklami niż między sobą. No i ten pierwszy łuk... To na nim upadki notowali m. in. Troy Batchelor i Chris Holder. Upadł także Nicki Pedersen, ale nastąpiło to w wyniku kontaktu z wcześniej wspomnianym Batchelorem, którego uratowała sobotnia indolencja sędziego Jima Lawrence'a. Brytyjczyk wprowadził do turnieju jeszcze większy chaos. Zmieniał decyzje co do sposobu startu zawodników, a także wykluczania ich z powtórek biegów. Raz zaliczył wyniki biegu z trzeciego okrążenia (niezgodne z regulaminem), by później nie skorzystać z furtki regulaminowej dającej możliwość zrobienia tego samego po upadku na czwartym okrążeniu. A wystarczyło po prostu zdecydować się na puszczanie zawodników "na światło" od piątego biegu (tak, aby każdemu dać po tyle samo startów w obu sposobach, a co za tym idzie równe szanse) i nie tracić czasu naprawiając na siłę fuszerki, jaką był niestabilnie zamocowany lewy słupek maszyny startowej, który drżał przy niemal każdym zwolnieniu taśmy. To nie to samo, co ponad 30-letni mechanizm, jaki znajduje się np. na Stadionie Olimpijskim we Wrocławiu. Brudny, z wieloma warstwami starej, żółtej farby, ale przynajmniej działający. A jeśli odmawia posłuszeństwa, to wystarczy prysnąć w odpowiednie miejsce nieco smaru w sprayu. Takie proste, a jednak tak trudne. Prawda, Panie Olsen?

Czy jednak trzykrotny Mistrz Świata z Danii jest jedynym winowajcą sobotniej farsy? Absolutnie nie. Niestety, żyjemy w czasach, w których zlecając komuś pewną pracę, powinniśmy patrzeć mu na ręce. A już na pewno, gdy owa fucha jest tak odpowiedzialna i jej nienależyte wykonanie może przynieść ogromne straty i sportowe święto zamienić w tragikomedię ze śmiercionośną piaskownicą w roli głównej. W sobotni wieczór Polski Związek Motorowy przystawił do głowy polskiego żużla pistolet i pociągnął za spust. Jedyne, co centrala związku może w tej sytuacji zrobić, to żądać na drodze sądowej od firmy Speed Sport zadośćuczynienia za poniesione straty wizerunkowe. Straty niestety niepowetowane i poniesione na własne życzenie. Zdziwiłbym się, gdyby ewentualną przyszłoroczną rundę Grand Prix na Narodowym obejrzało więcej niż 30000 fanów. Zarażenie Warszawy żużlem się nie powiodło, możliwość pozyskania możnych sponsorów także prawdopodobnie spełznie na niczym, a kibice z dalekich żużlowych ośrodków kilkakrotnie się zastanowią, zanim znów zarezerwują bilety na tę imprezę, a potem obiorą azymut na stolicę. A umowa z BSI przewiduje organizację zawodów w Warszawie w dwóch następnych sezonach. Ten skandal to kolejny cios dla polskiego speedwaya. Ile ich czarny sport będzie jeszcze w stanie znieść? Sądzę, że zmierzamy do kresu wytrzymałości tej pięknej dyscypliny. Wiem jedno: mnie sytuacja z sobotniego wieczoru przytłoczyła na tyle, że idąc po błoniach warszawskiego obiektu, nie miałem ochoty na to, aby rozmawiać o czarnym sporcie. A każdy, kto mnie zna, ten wie, że jeśli odechciewa mi się o speedwayu dyskutować, to znaczy, że naprawdę stało się coś poważnego. Wtedy najchętniej wsadziłbym każdego z winowajców tej farsy do taczki i własnoręcznie wywiózł do domu bez klamek, tak, aby nie mogli z niego wyjść i już nigdy nie ograbili kibiców i zawodników z emocji i rywalizacji.

Ostatni, sporych rozmiarów kamyczek do ogródka dla jury zawodów. Brzmi to ohydnie i pachnie czasami "jedynego słusznego" systemu, gdy dowiadujemy się, że zawodnicy otrzymali zakaz wypowiadania się na temat decyzji o przerwaniu zawodów, a wcześniej straszeni byli karami finansowymi. Nie wiem, dlaczego, ale mam przeczucie, że w pokoju, w którym zebrali się żużlowcy, doszło do parszywego "dealu". My wam przerwiemy zawody, byście się nie pozabijali, ale w zamian gęby na kłódkę. Chyba, że chcecie mówić, to za wolność słowa zapłacicie. Jedynie Tomasz Gollob, który, jak sam stwierdził, "był tu tylko gościem", zdobył się na stwierdzenie, że wina za wcześniejsze zakończenie zawodów leży po stronie m. in. Ole Olsena.

Widok pustych trybun w trakcie rundy honorowej Polaka pozostanie już na zawsze w mojej pamięci. Chyba że ktoś naprawi to, co w sobotę zostało zepsute i zorganizuje Gollobowi pożegnanie z walką o IMŚ, na jakie rzeczywiście zasługuje. Bydgoszcz 2016? To pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy. To obiekt przestarzały, ale ze znakomitym torem i przede wszystkim miejsce, w którym Tomasz stawiał swoje pierwsze żużlowe kroki. Poza tym... pasuje, bo Gollob to człowiek ze starej szkoły przełomu lat 80-tych i 90-tych mający wyjątkową żużlową biografię, a obiekty takie jak w Lesznie, Wrocławiu, czy właśnie Bydgoszczy to miejsca, gdzie serce żużla bije szczególnie intensywnie także pod względem historycznym.

Na razie jednak pozostają w nas zniesmaczenie i złość. U prawdziwych fanów czarnego sportu miną one z następnymi zawodami obejrzanymi na żywo i bez przeszkód organizacyjnych. Jak długo jednak nasza cierpliwość będzie w ten sposób testowana przez "ludzi z góry"? I kiedy się ona skończy? Pytania te pozostawiam wam bez odpowiedzi. Tak jak bez odpowiedzi pozostają pytania skierowane do zawodników o decyzje podjęte w sobotę.

Bartłomiej Przybyłek

Bartłomiej Przybyłek

20

Dziękujemy, że jesteście z nami!