Nie ma nic, nie ma mnie

trzeci wirazdados robertDzisiejszy odcinek "Trzeciego Wirażu", możemy uznać za specjalny. Jak dotąd wszystkie nasze cykle, udostępnialiśmy w piątki, lecz dziś będzie to pewien wyjątek. 30 marca 2004 roku w godzinach porannych w lubelskim szpitalu, odszedł od nas Robert Dados. Z tego też względu, chcemy wspomnieć Indywidualnego Mistrza Świata Juniorów z 1998 roku.

 

 

15 lutego 1977 roku. Na świat w Piotrowicach Wielkich koło Nałęczowa, przychodzi młody Robercik. Życie na wsi w tamtych czasach nie było usłane różami. Wschodnia część naszego kraju, pochłonięta w rolnictwie. Komunizm, brak możliwości rozwoju. Jednak Ci chłopcy z różnych wiosek mieli wielką smykałkę do motocykli. Tak było też w przypadku "DaDiego". Pierwszy raz na mecz zabrał go jego ojciec, który w przeszłości sam próbował swoich sił na żużlowym owalu, lecz do egzaminu na licencję żużlową nigdy nie podszedł. Dados był dzieckiem, gdzie wszędzie było go pełno. Nie potrafił usiedzieć choć przez chwilę na czterech literach. Może to też przełożyło się na to, że postanowił zapisać się do lubelskiej szkółki, która wówczas była prowadzona przez wspaniałego szkoleniowca, Ryszarda Bieleckiego. W książce autorstwa Macieja Maja pt. "DaDi, przerwany wyścig", możemy znaleźć późniejszą wypowiedź, właśnie Pana Ryszarda na temat Dadosa. Brzmiała ona mniej więcej tak: "Największy talent mają chłopcy, którzy pochodzą ze wsi. Nie ma z nimi problemu, oni chcą jeździć". Nie jestem w stanie przybliżyć dokładnych słów ŚP. Ryszarda Bieleckiego, ale podkreślał, że najmniej problemu w tamtych czasach sprawiali młodzi "Gladiatorzy", którzy nie pochodzą z bogatych, miejskich rodzin, tylko Ci, którzy wychowywali się na wsi. Robert taki był. Od początku swoich startów w szkółce czuł smykałkę do tego sportu. Tam też również spotkał swojego największego przyjaciela, Pawła Staszka. Byli jak bracia, ciągle razem. Czy to na torze, czy poza nim. Jeden za drugim skoczyłby w ogień. Robert Dados licencję żużlową uzyskał w 1993 roku. Wtedy to również do roku 1995 reprezentował barwy Motoru Lublin. Problemy finansowe "Koziołków" spowodowały, że i Dados i Staszek podpisali kontrakty w GKMie Grudziądz. "DaDi" z sezonu na sezon, stawał się liderem drużyny z Grudziądza, a w 1998 roku usłany był różami. W biegu barażowym pokonał Krzysztofa Jabłońskiego i wywalczył złoty medal w kategorii najlepszego juniora globu. Z GKM był związany do 2000 roku, jednak właśnie ten czas przewrócił do góry nogami całą karierę Dadosa.

 

Majowy weekend, popołudnie. Na stadion przy ul. Hallera w Grudziądzu swoim motocyklem pędzi Dados. Nagle na jego drodze, pojawia się samochód marki Polonez. Policja, karetki pogotowia, a między tym wszystkim leży bez ruchu nasz młodzieżowy mistrz. Obok motocykla znajdują się jego buty. Jest nawet taki przesąd, że osobie, której podczas wypadku spadną buty znaczy to, że umiera. DaDi stracił kawałek wątroby, płuca. Lekarze walczyli o jego życie. Bóg chciał, że wrócił do nas, wrócił do drużyny. Nie poddawał się. Nie widział opcji, aby rezygnować z zakończenia kariery. Klubowi koledzy zbierali dla niego pieniądze, aby szybko odzyskał pełną sprawność i mógł znów zdobywać punkty dla swojego teamu. To właśnie ten wypadek na zawsze zmienił Dadosa. W 2001 roku zamienił Grudziądz na Wrocław. Tam zaczęły się "wybryki" Roberta. Wszystkich zastanawiało, dlaczego podczas prezentacji "DaDi" wychodzi w okularach przeciwsłonecznych. Była to tylko nieoficjalna informacja, może też i plotka puszczona dla większej nagonki na tego zawodnika, że zaczął brać narkotyki. Jego wyniki do sezonu były naprawdę rewelacyjne. Kibice cieszyli się z każdej jazdy tego Lublinianina, lecz w pewnym momencie nastąpiła blokada w jego głowie.

 

Pierwsza próba samobójcza miała miejsce podczas treningu w parku maszyn. Robert podciął sobie żyły, lecz bardzo szybko zauważył to jego mechanik i uratował mu życie. Druga próba samobójcza nastąpiła w niedługim czasie. Próbował powiesić się w piwnicy. Jego żona Agnieszka zeszła do piwnicy i odcięła go. Wszyscy byli zszokowani. Zarząd klubu z Wrocławia nawet starał się mu pomóc w formie psychologa. Bardzo obniżył swoje wyniki. Częściej zamiast oklasków, słychać było jeden, wielki gwizd. Starał się zwracać na siebie uwagę. Nie przykładał się już do niczego. Ratunkiem miał być powrót do macierzystego klubu. W sezonie 2004 "DaDi" podjął decyzję, że zwiąże się kontraktem z I-ligowym TŻem Lublin. Kibice nie ukrywali radości, że Indywidualny Mistrz Świata Juniorów z roku 1998, a przede wszystkim wychowanek lubelskiego klubu, powraca na stare śmierci. To również nie przyniosło oczekiwanego efektu, co do psychiki samego Roberta. Podczas zgrupowania przedsezonowego we włoskim Lonigo zawodnicy, którzy byli zakontrakowani przed rozgrywkami mówili, że Dados nie zachowywał się normalnie. Unikał rozmów z kolegami, przybrał na wadze, jednak jego forma na torze była obiecująca.

 

To miał być wielki mecz. TŻ Sipma Lublin z aspiracjami na Ekstraligę, gościła na własnym torze były klub "DaDiego", GKM Grudziądz. Jeszcze tydzień, dwa wszyscy liczyli, że osobą, która wprowadzi nas na najwyższy szczebel w polskich rozgrywkach, będzie właśnie Robert. 23 marca 2004 roku, po raz trzeci, próbował odebrać sobie życie. Tym razem, powiesił się w budynku gospodarczym obok domu, w którym mieszkali jego rodzice. Trafił do lubelskiego szpitala. Wszyscy w ciszy modlili się aby powrócił do nas. 30 marca 2004 roku nad ranem dotarła informacja, że Roberta nie ma już z nami. Jego problemy na tym świecie skończyły się. Została wielka pustka, której nie dało się niczym zastąpić. Dados pozostawił żonę Agnieszkę i synka Denisa. W chwili śmierci miał 27 lat, a jego ciało spoczywa na cmentarzu w Garbowie.

 

P.S. Pomimo, że to już 11 lat, wciąż zadaję sobie pytanie (i nie tylko ja, lecz cała żużlowa Polska) DLACZEGO? Dlaczego pogrążyłeś nas w ciągłej żałobie ? Twoje życie mogło toczyć się dalej. Miałeś dla kogo żyć. Każdy chciał Ci pomóc. Lecz Ty wybrałeś swoją, własną drogę. Mam nadzieję, że tam na górze jesteś już Mistrzem w kategorii juniorskiej. Jeździsz na świętych maszynach. Masz tor, który sprawia Ci radość z tego sportu. Na koniec przypomniał mi się wiersz, który napisał jeden z twoich fanów:

 

Mogilna przestrzeń zabiera Cie powoli
Upadek marzeń życiowej niewoli
Na zawsze w naszych sercach na zawsze z nami
Oddałeś swe życie przestając żyć marzeniami
Mały wielki człowieku, dlaczego to zrobiłeś ?
Rodzinę, przyjaciół, fanów w żałobie zostawiłeś
Pomimo , że bardzo źle postąpiłeś
W moim mniemaniu na szacunek zasłużyłeś
Lublin twym domem na wieki pozostanie
Pierwsze radości przyjaźń zakłopotanie
Zła moc dopadła cię na życiowym zakręcie
Nigdy nie zapomnę Cie mały wielki ROBERCIE!
Wyruszasz do innego nowego świata
Odszedłeś na zawsze do krainy zaświata
Znajdziesz tam spokój radość ukojenie
W naszych sercach pozostanie o tobie wspomnienie
Niestety dojechałeś do mety życia
Choć bardzo wiele miałeś jeszcze do odkrycia
Nie odstanie się to co się już stało
ROBERCIE DADOSIE - BĘDZIE NAM CIEBIE BRAKOWAŁO

 

Spoczywaj w pokoju DaDi ...

 

Dominik Pruchnicki

Dominik Pruchnicki

20

Dziękujemy, że jesteście z nami!