O dwóch takich, co pokochali żużel

trzeci wirazJeden z Wrocławia, drugi z Lublina. Nigdy nie widzieli się na oczy. Mimo to dogadują się, jakby od małego dzielili ze sobą koparkę w piaskownicy. Razem zdolni do wielu rzeczy niczym bracia Kaczyńscy w filmie "O dwóch takich, co ukradli księżyc". Dwóch pasjonatów czarnego sportu, którzy postanowili spojrzeć na środowisko żużlowe w bezkompromisowy, czasem mniej poważny sposób. Każdego piątku na łamach portalu speedway.info.pl ukazywać się będą felietony z cyklu "Trzeci Wiraż".

 

Dlaczego taki tytuł? Najdobitniej przekonają się o tym ci, którzy będą bohaterami naszych rozważań. Owy łuk może się okazać dla nich trudniejszym nawet od tego z Essex Areny w Thurrocku lub słynnego już na całą żużlową Polskę drugiego wirażu gorzowskiego toru objętego ostatnimi czasy honorowym patronatem Adama Strzelca. Jednak w tym tygodniu nikomu nie dostanie się od nas dziennikarską szprycą. Ograniczymy się tylko do krótkiego przedstawienia się wam, drodzy czytelnicy. Zaczynamy od Dominika.

Dominik „DOMIN" Pruchnicki – Na karku prawie 21 lat. Mieszkam w Lublinie, a dokładnie w podlubelskich Piotrowicach. Skąd zamiłowanie do żużla? Niech pomyślę... Cofnijmy się w czasie, a mianowicie do 1 maja 1994 roku. Pewnie pytanie dlaczego akurat ta data? Ano mianowicie dlatego, że na pierwszy mecz żużlowy zabrała mnie moja kochana mama. Niestety, ale wtedy mogłem jedynie usłyszeć ryk silników (skoro jest się w brzuchu matki, to nie zobaczysz nic ciekawego poza kawałkami jedzenia, które potem sam strawisz, aby mieć więcej siły do kopania i innych ciekawych rzeczy). Ale czy ja pamiętam ten dźwięk? Raczej nie. Był to mecz z wrocławską Spartą (o proszę, kolega z którym będę pisał felietony, pochodzi z Wrocławia. Pewnie już wtedy była to jakaś telepatia, że obaj za kilkanaście lat, skleimy coś ciekawego o tematyce żużlowej). Moja kolejna wizyta przy al. Zygmuntowskich 5 w Lublinie, miała miejsce bodajże w 1999 roku. Tutaj ciekawostka, że jeszcze przed rozpoczęciem meczu, ojciec musiał zawieźć mnie do domu, ponieważ przerażała mnie muzyka żużlowych „rumaków". Przełomowy był rok 2003, kiedy to na mecz z Unią Tarnów, zabrał mnie mój wujek. Od tamtej pory zaskarbiłem sobie w sercu ten przepiękny sport. Małymi kroczkami coraz bardziej zagłębiałem się w tę cudowną dyscyplinę. Na drugim miejscu, zaraz po speedway'u w moim sercu jest siatkówka. Od czasu do czasu, człowiek ruszy swoje cztery litery, aby poruszać się i poodbijać piłkę przez siatkę (lepsze to, niż siedzieć w domu i powiększać brzuszek poprzez napój chmielowy). „Trzeci Wiraż" będzie dla mnie odskocznią od tego, co dzieje się w polskim środowisku żużlowym. Bałagan, jaki można tutaj zastać jest jedną, wielką katastrofą na przełomie wcześniejszych lat. Taka jest moja opinia. No, ale opinia jest jak tyłek, każdy ma własny. Nie chcę się zbytnio rozpisywać, bo zabraknie mi weny na późniejsze felietony. Mam nadzieję, że spodoba się państwu nasz nowatorski pomysł i serdecznie zapraszam do lektury na portalu speedway.info.pl. Trzymajcie się i do usłyszenia!

Z Lublina przenosimy się na Dolny Śląsk. Bartłomiej Przybyłek, syn Wiesława i Anny. Urodziłem się 21 lat temu. Mieszkam w podwrocławskim Kiełczowie. Studiuję administrację na Uniwersytecie Wrocławskim. Ze sportem żużlowym, a dokładniej rzecz ujmując bezpieczeństwem zawodników w trakcie zawodów będzie związana praca licencjacka, której obrona czeka mnie za około 18 miesięcy. Jeśli chodzi o bakcyla związanego z czarnym sportem, połknąłem go w dość nietypowy sposób. Ale od początku. Niewiele brakowało, a pisałbym do was, drodzy czytelnicy, jako syn żużlowca. Mój ojciec był bardzo bliski zapisania się do wrocławskiej szkółki, jednak na rozpoczęcie treningów w obawie o jego zdrowie i życie nie zgodził się mój świętej pamięci dziadek. Minęło niespełna 30 lat, a żużlem zainteresowałem się ja. Był to czysty przypadek. "Skacząc" po kanałach telewizyjnych natknąłem się na transmisję Grand Prix Szwecji w Goeteborgu. W ciągu kilku sekund pomyślałem: "To jest to", jednak na pierwszym meczu w swoim życiu zjawiłem się dopiero rok później. Minęły sezony 2010 i 2011, a w kolejnym zjawiłem się na trybunach Stadionu Olimpijskiego już jako akredytowany dziennikarz. Mój debiut okazał się być słodko-gorzkim z przewagą tego drugiego. To właśnie tego dnia na wrocławskim torze zginął Lee Richardson. Do dziś przechadzając się, lub jadąc rowerem w porze zimowej po owalu przy Paderewskiego wspominam tamto smutne wydarzenie. Po kolejnych dwóch sezonach, pełnych skandali wizerunkowych i przepychanek między przedstawicielami środowiska, wierzę, że nadchodzący, u progu którego stoję pełen nadziei i dodatkowych bodźców motywacyjnych, przyniesie nam wszystkim wiele niezapomnianych i wyłącznie sportowych emocji. Razem z Dominikiem dołożymy wszelkich starań, abyście kończąc czytać nasze artykuły, wymawiali słowa: „Nie mogę się doczekać następnego piątku".

Dwaj, którzy pokochali żużel

Bartłomiej Przybyłek

20

Dziękujemy, że jesteście z nami!