Reminiscencje po finale IMP

inne czapka kadyrowaSzymon Woźniak z Betardu Sparty Wrocław sensacyjnie wywalczył w nadzielę 2 lipca w Gorzowie Wlkp. tytuł Indywidualnego Mistrza Polski na żużlu wyprzedzając w finałowym wyścigu reprezentanta gospodarzy Przemysława Pawlickiego i Patryka Dudka z Falubazu Zielona Góra. Jest to pierwszy złoty medal w tej konkurencji wychowanka Polonii Bydgoszcz. Jednocześnie była to już 10 impreza tej rangi w mieście nad Wartą.

 

Można pokusić się o stwierdzenie, że Woźniak w pewnym sensie skopiował swój wyczyn z 2014 roku, kiedy również na stadionie im. Edwarda Jancarza, dość niespodziewanie, wywalczył złoty medal Młodzieżowych Indywidualnych Mistrzostw Polski.

 Tym razem mistrz Polski oprócz złotego medalu, pucharu i szarfy otrzymał również legendarną Czapkę Kadrowa, czyli przechodnie, symboliczne trofeum przyznawane polskiemu królowi speedwaya od 1963 roku. W ww. roku czapkę podarował dwóm polskim zawodnikom - Antoniemu Worynie i Andrzejowi Pogorzelskiemu - w rosyjskim mieście Ufa radziecki żużlowiec Gabdrachman Kadyrow. Jako pierwszy czapkę otrzymał indywidualny mistrz Polski z 1963 roku Henryk Żyto, który zapoczątkował tradycję jej przekazywania kolejnym mistrzom. Od tego czasu na czapce haftowane były nazwiska zwycięzców i daty zdobycia przez nich tytułu mistrza Polski. Miejsce na oryginalnej Czapce Kadyrowa skończyło się w 2003 roku. Mistrz Polski z tego roku, Rune Holta, ufundował wtedy nową czapkę-trofeum, również nazywane Czapką Kadyrowa. Obecnie oryginalna Czapka Kadyrowa znajduje się w Muzeum Sportu i Turystyki w Warszawie. Od roku 2004 indywidualny mistrz Polski, oprócz czapki, otrzymuje również oficerską rogatywkę ufundowaną przez Polski Klub Kawaleryjski im. 21. Pułku Ułanów Nadwiślańskich, która jest dokładną repliką polskiej rogatywki ułańskiej z 1936 roku. Jako pierwszy taki element garderoby otrzymał mistrz z 2004 r. - Grzegorz Walasek.

 Przed niedzielnym finałem głównym faworytem do tytułu był reprezentant gorzowskiej Stali Bartosz Zmarzlik. Oprócz najskuteczniejszego zawodnika PGE Ekstraligi do grona pretendentów do tytułu wymieniano również braci Pawlickich, Macieja Janowskiego, Jarosława Hampela, Janusza Kołodzieja i Patryka Dudka. Tymczasem wszystkich faworytów pogodził i sensacyjnie wywalczył złoty medal Szymon Woźniak.

 Z grona wymienionych wyżej zawodników najsolidniej zaprezentował się kapitan Cash Broker Stali Gorzów Przemysław Pawlicki, który z 13 punktami wygrał rundę zasadniczą i pewnie, bezpośrednio awansował do wielkiego finału. Gdyby IMP rozgrywane były według starej formuły, to mistrzem Polski zostałyby właśnie wychowanek Unii Leszno. Jednak w nowej formule rozgrywany jest jeszcze bieg półfinałowy i finał. Starszy z braci Pawlickich zaskoczył wszystkich wyborem trzeciego pola startowego przed finałem. Jak się później okazało nie był to najszczęśliwszy wybór. Po zawodach kapitan Stali wyjaśnił, że zdecydował się na taki wariant, ponieważ nie miał idealnych startów. Chciał również jak najszybciej dojechać do odsypanej nawierzchni, która zalegała po wyścigu półfinałowym za połową toru. Przemysław Pawlicki we wszystkich biegach turnieju zasadniczego jeździł dość szeroko uzyskują dzięki temu dużą prędkość.

 Brązowy medalista IMP Patryk Dudek przez cały turniej „ciułał” punkty i ostatecznie z 10 „oczkami” awansował do wyścigu półfinałowego. W przedostatniej gonitwie dnia, dzięki korzystnemu, drugiemu polu startowemu, przyjechał drugi do mety i dzięki temu mógł walczyć o jeden z medali. Ostatecznie zakończyło się na brązowym krążku.

 Z bardzo dobrej strony pokazał się w decydujących zawodach krajowego „championatu” Jarosław Hampel. Zawodnik z Zielonej Góry jeździł jednak nierówno, ponieważ albo wygrywał biegi lub przyjeżdżał do mety ostatni. W turnieju głównym czterokrotnie przyjeżdżał na pierwszej pozycji i raz był ostatni. Dzięki 12 punktom uzyskał bezpośredni awans do wyścigu finałowego, w którym przyjechał na końcu stawki.

 Pozostała trójka pretendentów jeździła bez błysku. Największy faworyt gorzowskiego finału, Bartosz Zmarzlik, prawdopodobnie nie wytrzymał presji i ostatecznie uplasował się szóstej lokacie. W pierwszym swoim wyścigu zmierzył się z Patrykiem Dudkiem. O ile zielonogórzanim wystartował, o tyle gorzowianin tylko „ruszył” spod taśmy i dojechał trzeci do mety. Później F16 pewnie wygrał dwa biegi i gdy wydawało się, że kolejne trzy „oczka” są formalnością, wychowanek Stali nieoczekiwanie przegrał z niżej notowanymi zawodnikami. Po zajęciu drugiego miejsca w piątej serii startów, z 10 punktami awansował do półfinału. Przedostatni wyścig rozgrywano trzykrotnie. Z czwartego pola Zmarzlik nie był w stanie wygrać startu i „założyć się” na zawodników jadących bliżej krawężnika. Tym samym zakończył swój udział w turnieju i uplasował się na szóstej pozycji.

 Maciej Janowski miał sporo szczęścia w swoim drugim starcie, bowiem uniknął wykluczenia za dotknięcie taśmy. Jeszcze „szybszy” o ułamek sekundy od wrocławianina był Krystian Pieszczek. Zawodnik Betardu Sparty szansę na powtórkę sukcesu sprzed dwóch lat, również z Gorzowa i awans przynajmniej do półfinału tak naprawdę zaprzepaścił w 9 wyścigu, kiedy zanotował defekt na ostatniej pozycji.

 Z kolei największym rozczarowaniem gorzowskiego finału był Piotr Pawlicki. Cztery trzecie lokaty i jedno biegowe zwycięstwo chluby zawodnikowi Unii Leszno z pewnością nie przyniosły. Co więcej, wprowadziły niepokój na kilka dni przed finałem Drużynowego Pucharu Świata. Nawet trener kadry Marek Cieślak w telewizyjnym wywiadzie stwierdził, że musi przyjrzeć się ostatnim wynikom młodszego z braci Pawlickich.

 Gorzowscy kibice zobaczyli zmagania najlepszej „szesnastki” w kraju po raz drugi w odstępie trzech lat. Dzięki temu możliwe było porównanie poziomu sportowego i atrakcyjności widowiska. Bez wątpienia ciekawszym spektaklem sportowym był finał IMP w 2015 roku. Tym razem głównym reżyserem zmagań na torze była zła pogoda, a ściślej mówiąc kilkudniowe opady deszczu poprzedzające niedzielę 2 lipca. Na mocno odmoczonym, ale odsypującym się i dobrze przygotowanym torze decydował start i umiejętne rozegranie pierwszego łuku. Mało było wyprzedzeń na dystansie. Zaskoczeniem były korzystne warunki na zewnętrznych polach startowych w pierwszej fazie turnieju.

 Podsumowując, turniej finałowy rozegrany na torze stadionu im. Edwarda Jancarza w Gorzowie był dość dobrym widowiskiem sportowym. Tym razem nie zawiedli kibice, którzy indywidualne zmagania oglądali w liczbie 12 500. Był to bardzo pozytywny element finału, ponieważ w 2015 roku na trybunach gorzowskiego stadionu zasiadło tylko 7 600 widzów. Należy też pamiętać, że dzień przed zawodami, w sobotni wieczór spłonęła wieża gorzowskiej katedry, co przez wiele godzin relacjonowały środki masowego przekazu, a to zdarzenie również mogło mieć wpływ na frekwencję.

 IMG 8589

 

Maciej Major

20

Dziękujemy, że jesteście z nami!